Krystian Mularczyk | Biznes, wystąpienia publiczne, rozwój osobisty

Fryderyk Karzełek o wolności finansowej

Fryderyk Karzełek, to jeden z najbardziej charyzmatycznych mówców, jakich spotkałem. Warto nie tylko posłuchać tego, o czym mówi, ale też zastosować Jego wskazówki we własnym życiu.

Warto zwrócić szczególną uwagę na popularny zabieg retoryczny, którego użył Fryderyk Karzełek – rozpoczął swój wykład od historii. Dzięki temu wzbudza nasze zainteresowanie i wciąga nas w swoją opowieść, poprzez przystępny i obrazowy opis rozwoju naszej cywilizacji. Polecam zastosowanie tego sposobu w Twoim przemówieniu. Opowiadając wydarzenia historyczne związane z tematem swojej przemowy, automatycznie uzyskujesz potwierdzenie prawdziwości tego co mówisz.

Poniżej zapraszam do obejrzenia wykładu „Dekalog Zamożności” złożonego z 7 części.

Zastosowanie się do tych cennych wskazówek wydaje się proste – nie jest jednak łatwe. Co Tobie sprawia największą trudność?

Tagi: , , ,

Kategoria: Mówcy | Data: 29 sierpnia 2010 | Brak komentarzy

Straż miejska w natarciu

Toczy się dyskusja nad tym, czy Straż Miejska powinna w ogóle istnieć. Zarówno mi, jak i wielu innym Obywatelom, Straż Miejska kojarzy się wyłącznie z zakładaniem blokad na koła samochodów oraz wlepianiem mandatów za przerażające, szkodliwe społeczne czyny, takie jak przejście przez jezdnię na czerwonym świetle czy też picie piwa w parku.

Tak się składa, że miałem niedawno okazję przetestować przydatność Straży Miejskiej w Katowicach. Na jednej z łąk w Dolinie Trzech Stawów, w suchy, słoneczny dzień, pewien pan wesoło palił jakieś toksyczne śmieci. Zapach raczej mało kojarzył się z letnim spacerem, a chmura dymu zakrywała momentami całą łąkę. Pomyślałem, że taki trujący dym może zaszkodzić spacerującym tam ludziom, a w szczególności małym dzieciom. Poza tym już nie raz zdarzało się, że od małego ogniska płonęły całe połacie lasów, a że bardzo lubię spacerować w Dolinie Trzech Stawów, podjąłem się prewencji. Tu zaczyna się cała farsa.

O 13:57 upewniłem się, że palenie wspomnianych odpadów nie jest legalne i stanowi zagrożenie. Od tego momentu próbowałem połączyć się z numerem 112. Udało mi się zgłosić sprawę o 14:05, więc zajęło to całe 8 minut. W sumie nieźle, ale kiedy szedłem ze słuchawką przy uchu słysząc co chwilę, że „przykro nam, ale wszyscy dyspozytorzy są teraz zajęci”, zastanawiałem się co by było, gdybym próbował zgłosić napad, gwałt, kradzież, czy inne poważniejsze zdarzenie, które np. bezpośrednio zagraża czyjemuś życiu.

Zadowolony, że udało się przyjąć zgłoszenie, postanowiłem sprawdzić jaki jest czas reakcji służb publicznych. W końcu miałem trochę czasu. Przyjąłem też, że taka interwencja może zająć w porywach do 25-30 minut (oczywiście liczyłem, że się mile zaskoczę). No cóż…

O 14:47 wspomniany wesoły pan spalił wszystko co miał do spalenia, robiąc przy tym dużo bałaganu, dymu i smrodu. Zrobił co swoje i poszedł…

Straż Miejska przyjechała… o 16:19. Google Maps sugeruje, że od siedziby SM do miejsca zdarzenia można dotrzeć pieszo w 40 minut. Autem w 8 minut. Życie pokazuje, że radiowozem w 2 godziny i 14 minut.

Skoro słyszymy często o problemach finansowych służb publicznych, to może warto by było sprzedać te wszystkie auta, a zainwestować w dobre buty?
Chyba, że Straż Miejską sprywatyzowano bez naszej wiedzy, ustanawiając listę zdarzeń, do których warto jechać? W końcu założenie blokady na koło się zwraca, mandaty również (czasem nawet z odsetkami!), a taki pożar czy zatrucie dymem można zrzucić na barki straży pożarnej i służby zdrowia.

Ja tylko się ciągle zastanawiam, na straży czego stoi Straż Miejska…

Źródło zdjęcia

Na łasce wielkich sieci, czyli upadek drobnego handlu

Poniższy tekst jest kontynuacją poprzedniego artykułu i pokazuje praktyczny przykład tego, jak sieci handlowe potrafią niszczyć słabszych producentów. Na dole zamieszczona jest też tabela z konkretnymi danymi, obrazującymi korelację między rozwojem sieci handlowych a upadkiem drobnego handlu. Jest to niezwykle ciekawe, bo dane mówią same za siebie, a ile to razy słyszeliśmy propagandę, że rzekoma budowa centrum handlowego tak na prawdę wzmocni drobny handel wokół tegoż centrum?

Weźmy za przykład mały zakład produkujący tabliczki czekolady. Jego asortyment obejmuje pięć różnych produktów: czekoladę gorzką, białą, mleczną, z orzechami i z migdałami.

Są to produkty o wysokiej jakości, firma ma wyrobioną markę, więc postanawia zaryzykować i rozprowadzać swoje produkty w super- i hipermarketach. Robi to tym chętniej, że sytuacja w handlu tradycyjnym jest nienajlepsza i firma, mimo dużego potencjału, nie jest już w stanie spokojnie zaplanować sobie przyszłości. I oto nagle otwiera się przed nią nowy rynek zbytu – ogromna sieć skupiająca 1500 supermarketów i 200 hipermarketów.

Tu zaczynają się schody: za samo umieszczenie pięciu tabliczek czekolady w ofercie supermarketu firma musi zapłacić 150 euro od produktu (750 euro za wszystkie pięć odmian czekolady), co przy 1500 sklepach oznacza wydatek rzędu 1125000 euro. Za sprzedaż w hipermarkecie pobierana jest opłata 750 euro od produktu, czyli w sumie 3750 euro za umieszczenie wszystkich czekolad firmy w ofercie jednego sklepu. Po pomnożeniu tej sumy przez 200 hipermarketów otrzymujemy kwotę 750000 euro. Tak więc producent czekolady musi utopić w tej transakcji 1875000 euro, nie mając żadnej pewności, czy sklep złoży u niego zamówienie, czy kupi określoną ilość produktów i czy w ogóle będzie utrzymywał z nim stałe stosunki handlowe. Wystawienie czeku uruchamia bezlitosny proces zdzierstwa, który może w efekcie doprowadzić firmę nawet do bankructwa, w przypadku gdy jej produkty zostaną… „zdjęte z półek”.

Całkiem niedawno od jednego z dużych francuskich producentów żywności zażądano dodatkowych 2% „marży wstecznej”. Znajdujące się już na skraju wytrzymałości przedsiębiorstwo nie mogło się zgodzić na choćby najmniejszy rabat. Za karę centrala skupu przestała zamawiać dwa najlepiej sprzedające się produkty z oferty firmy, która w efekcie musiała zamknąć dwie wytwórnie. Ten rodzinny zakład nie był nękany ustawicznymi żądaniami akcjonariuszy ani obciążony składkami na fundusze emerytalne. Jego jedynym problemem były wygórowane żądania central skupu francuskich hipermarketów, których nienasycona żądza zysków stanowi zagrożenie dla całej gospodarki.

UPADEK DROBNEGO HANDLU
RODZAJ DZIAŁALNOŚCI LICZBA PRZEDSIĘBIORSTW ZMIANA 1998/1966
1966 1998
Piekarnie-cukiernie 40 200 22 400 -17 800
Sklepy mięsne 50 500 14 700 -35 800
Sklepy rybne 4 700 2 100 -2 600
Sklepy wędliniarskie 12 700 6 400 -6 300
Sklepy ogólnospożywcze 87 600 13 800 -73 800
Sklepy z nabiałem 4 600 1 100 -3 500
Kwiaciarnie 5 900 9 900 -4 000
Księgarnie,   sprzedaż prasy 13 200 11 900 -1 300
Sklepy     jubilersko-zegarmistrzowskie 8 900 3 800 -5 100
Sklepy obuwnicze 9 000 4 300 -4 700
Sklepy odzieżowe 47 900 27 500 -20 400
Sklepy ze sprzętem AGD 8 100 5 500 -2 600
Sklepy z towarami żelaznymi i nożami 9 300 5 000 -4 300

Źródło: Insee Premiers nr 831, luty 2002

Źródło zdjęcia w nagłówku

Tagi: , ,

Kategoria: Biznes | Data: 29 czerwca 2010 | Brak komentarzy

Zdzierstwo w sieciach handlowych

Dzięki uprzejmości Tomasza Szmyta, trenera z wieloletnią praktyką w zespołach sprzedażowych, który udostępnił dla mnie ten artykuł, chciałbym zaprezentować Wam niezwykle ciekawy tekst o tym, jak wielkie sieci handlowe wykorzystują swoją pozycję do wyzyskiwania producentów.
Artykuł jest obszerny, ale warto się z nim zapoznać.


PRODUCENCI STŁAMSZENI, KONSUMENCI WYSTRYCHNIĘCI NA DUDKA
ZDZIERSTWO W SIECIACH HANDLOWYCH NA FRANCUSKĄ MODŁĘ

CHRISTIAN JACQUIAU*

Pod koniec listopada rolnicy francuscy zajęli centrale zakupowe w supermarketach i hipermarketach, aby wszem i wobec sprzeciwić się zdzierstwu, które znoszą na co dzień. Łupieżcze praktyki, na których szefowie wielkich sieci zbili fortuny, stają się tak nieznośne, że sekretarz stanu ds. handlu wreszcie obiecał, że nadużycia ukróci. Ale zbyt wielu lokalnych radnych dostało „w łapę” w zamian za zgodę na otwarcie hipermarketu, by teraz protestować.

Tak zwana wielka dystrybucja powstała we Francji w latach 50-tych. W tamtych czasach towar na drodze od rolnika do konsumenta przechodził przez ręce dziesięciu do dwunastu pośredników (1). Wobec tego cena kilograma jabłek rosła czterokrotnie zanim jabłka wylądowały w koszu gospodyni. Artykułów spożywczych było na rynku niewiele, więc ceny szły w górę. Kupcy mieli prawie monopol, podaż zaspokajała popyt w stopniu ledwie wystarczalnym. Niektórzy wyzyskali tę sytuację, aby dorobić się nieprzyzwoitego bogactwa. W powszechnej opinii zrodziło się przeświadczenie, że kupiec to ten, komu dobrze się wiedzie dzięki czarnemu rynkowi i kto bogaci się kosztem klientów. Pięćdziesiąt lat później to przeświadczenie wciąż jest silne.
W roku 1949 Edouard Leclerc otworzył swój pierwszy sklep samoobsługowy w Landerneau, małej mieścinie na bretońskiej prowincji. Nie można tego nazwać supermarketem: te rodzinne delikatesy mieściły się zaledwie na 50 metrach kwadratowych i po raz pierwszy klient nie był obsługiwany. Szyby sklepu zamalowano, aby przechodnie nie widzieli twarzy klientów-„zatanistów”, którzy „wytaniają”, korzystających z obniżek w wysokości 20%-70% na artykuły codziennego użytku.

W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych samochód schodzi pod strzechy. Handel branżowy opiera się na sprzedaży samoobsługowej w wielkich halach zlokalizowanych na peryferiach miast. Klienci mają do dyspozycji wielkie wózki, przestrzenne parkingi a nawet dystrybutory paliwa. Pomysł zza Atlantyku trafia do Europy, zapożyczony przez Francuzów, którzy dorzucają do niego słynną koncepcję „wszystko pod jednym dachem”: od garmażerii po sprzęt AGD. W roku 1963 na paryskim przedmieściu otwarto Carrefour, pierwszy prawdziwy hipermarket, który po kilku latach miał się znaleźć wśród najważniejszych sieci handlowych w Europie i zająć drugie miejsce na świecie. Tak oto narodziła się wielka dystrybucja we francuskim stylu, na dobre i na złe.

Z początku tradycyjne zasady handlu są respektowane: nabywane towary odsprzedaje się z marżą przeznaczoną do pokrycia kosztów i wynagrodzenia kupca. Im szybciej schodzą zapasy, tym szybciej rosną zyski. Hipermarkety i supermarkety (2) kupują towar w wielkich ilościach i uzyskują znaczne rabaty, które częściowo przerzucają na klientów. W ten sposób sprawy toczą się ku największej korzyści konsumentów i nikt nie podejrzewa, że jest to błędne koło.

Rosną obroty, a wraz z nimi oczekiwania sieci handlowych wobec dostawców, którzy stale muszą obniżać ceny. Stosunki stają się coraz bardziej napięte, zwłaszcza że już na samym początku hipermarkety żądają dodatkowego i całkiem nieuzasadnionego wynagrodzenia:bonusu od obrotu rocznego, który stanowi l%-2% łącznej wartości zakupów z dwunastu minionych miesięcy! Nieubłaganie uruchamia się niszczycielskie koło zamachowe, które już się nie zatrzyma…

„Zaległa marża” i „daniny”

Super- i hipermarkety rosną w siłę. Francja bije wszelkie europejskie rekordy ich zagęszczenia: w ciągu niespełna trzydziestu lat liczba supermarketów zwiększa się z 200 do ponad 5000, natomiast liczba hipermarketów – z jednego do 1200 (3). Sklepy nie zamawiają już towaru bezpośrednio, lecz organizują się w centrale skupu, żeby mieć jeszcze większą przewagę podczas negocjacji z dostawcami. Epoka fuzji doprowadziła do powstania prawdziwego oligopolu (4). Korzystając ze swej dominacji, centrale stosują niebywały system zdzierstwa, do tej pory nieznany w tak zwanym państwie prawa: z różnych powodów co roku narzucają dodatkowe rabaty w wysokości 1%-2%, a czasem nawet dużo wyższe. Ta wyjątkowa w skali światowej opłata, znana pod nazwą „negocjacji handlowych” lub „zaległej marży”, jest korzystna tylko dla sieci handlowych, które wobec dostawców mają pozycję niemal monopolisty.

Ta opłata, złożona głównie ze świadczeń fikcyjnych lub zawyżonych, wzrosła z 10% w zeszłym dziesięcioleciu do 35%, a następnie do 40% i znacznie przekroczyła próg 50% ceny produktu, w skrajnych przypadkach sięgając nawet 60% na początku 2002r. I zwiększa się z każdym rokiem. Uzyskana w ten sposób nadwyżka zysku nie jest nigdy przenoszona na klientów. Zamienia się ona w pokaźne dywidendy dla akcjonariuszy tych fabryk konsumpcji, jak również służy do korumpowania władzy przyzwyczajonej do pobierania wynagrodzenia za podpis pod zezwoleniem na otwarcie. Obowiązkowa „danina” w wysokości co najmniej 1 miliona euro za hipermarket funkcjonuje od końca lat 70-tych. W epoce Mitteranda stawki poszły w górę i koperty stawały się coraz bardziej wypchane: 1.5 miliona, potem 2, potem 3 miliony euro. Zresztą wytrawny znawca tematu – Michel-Edouard Leclerc – publicznie oznajmił: „Należy uczciwie przyznać, że proceder ten dotyczy prawie połowy wielkich kompleksów handlowych (5).”

W systemie tym dostawcy muszą nie tylko godzić się na ceny, ale również za wszystko płacić: płacić tzw. opłatę za półkę czyli wejście towaru do sieci; ofiarowywać wszystkim sklepom sieci darmowe produkty przy pierwszej dostawie; płacić za umieszczenie swoich produktów na eksponowanym miejscu lub na szczycie nawy; płacić za finansowanie kampanii promocyjnych; płacić za znalezienie się w gazetkach reklamowych; płacić, gdy powstają nowe sklepy; płacić gdy stare są remontowane lub usprawniane; płacić nawet za wystawienie własnych faktur. Nic tylko płacić i płacić… Nawet nie wiedząc za co, bo nie ma już związku pomiędzy zapłaconą ceną a świadczeniem wykonanym przez sieć handlową na rzecz dostawcy. I to do tego stopnia, że w maju 2002 pewna bardzo medialna francuska sieć handlowa po raz pierwszy przeprowadziła wielką kampanię informacyjną przyznając się w zawoalowany sposób do fakturowania bez przyczyny. Deputowani francuscy wyodrębnili ponad 500 motywów, na które powołują się centrale zakupowe żądając od swoich dostawców dodatkowych korzyści. Ci ostatni zostają postawieni przed prostym wyborem: podporządkować się albo zostać „zdjętym z półki” (patrz ramka) czyli zabierać się ze swoim towarem i zamknąć zakłady! Znakomite raporty parlamentarne przedstawione Zgromadzeniu narodowemu w latach 1995 (6) i 2000 (7) wykazują że władzom nieuczciwe praktyki sieci handlowych są doskonale znane.

A jednak w jednym z raportów pada bezradne stwierdzenie: „Stosunki między producentami dóbr konsumpcyjnych [70 000 przedsiębiorstw, 400 000 rolników] a 60 milionami konsumentów wyglądają jak przesypywanie się plasku przez wąskie gardło klepsydry: pięć wielkich sieci kontroluje sprzedaż ponad 90% produktów konsumpcyjnych. Prawdziwy dyktat sieci handlowych wobec producentów i klientów osiągnie skalę iście globalną.

* biegły księgowy, przedstawiciel konsula przy Izbie Handlowej w Paryżu, autor książki „Coulisses de la grande distribution”, Albin Michel, Paryż 2000.

(1) zbieracz, spedytor, agent drobnicowy, pośrednik handlowy, dystrybutor, przedstawiciel handlowy, zleceniodawca, kupiec hurtowy, półhurtowy, detaliczny…
(2) Hipermarkety posiadają powierzchnię sprzedażową przynajmniej 2500 m2 i ponad jedna trzecia ich obrotów pochodzi z artykułów spożywczych. Supermarket zajmuje powierzchnię sprzedażową od 400 do 2500 m2 i ponad dwie trzecie ich obrotów pochodzi z artykułów spożywczych
(3) Pod koniec roku 2001 na terytorium Francji odnotowano 1211 hipermarketów zajmujących łącznie prawie 7 milionów metrów kwadratowych.
(4) 90% francuskiego rynku spożywczego należy do pięciu centrali skupu, z czego Carrefour posiada 26,2%, Lucie, wspólna centrala Leclerca i Système U, 23,8%; Opéra, wspólna centrala grup Casino, Cora, Franprix, Leader Price, Monoprix-Prisunic, 15,7%; Intermarché 14,4% i Auchan 12,9%. Źródło: opracowanie instytutu Sécodip pt. „ReferEnseigne” zacytowane przez LSA (pismo grupy Usine Nouvelle) nr 1746 z 22 listopada 2001.
(5) Michel-Edouard Leclerc, „La Fronde des Caddies”, Plon, Paryż 1994.
(6) Jean-Paul Charié „Pour une libre concurrence à dimension humaine. Redéfinir les règles de loyauté”- raport dla Zgromadzenia Narodowego, nr 2187 z 27 lipca 1995r. Raport stanowił kontynuację raportu złożonego dwa lata wcześniej w biurze przewodniczącego Zgromadzenia, zatytułowanego „ Un enjeu de société: vers une concurrence libre et loyale”-raport nr 836 z 9 grudnia 1993r.
(7) Jean-Yves Le Déaut «Rapport sur l’évolution de la distribution : de la coopération à la domination commerciale” – raport dla Zgromadzenia Narodowego nr 2072 z 11 stycznia 2000.
(8) Rapport sur l’évolution de la distribution…, op.cit.
(9) Marianne, nr 187, z 20 listopada 2000
(10) W budowie są cztery nowe trawlery, które dołączą do obecnej floty liczącej 40 statków. Intermarché to również ponad czterdzieści zintegrowanych zakładów (fabryki konserw rybnych, rzeźnie, zakłady produkcji wędlin, pizzy, lodów itd.) Źródło: LSA, nr 1764 z 18 kwietnia 2002.

Źródło fotografii w nagłówku

Tagi: , , , ,

Kategoria: Biznes | Data: 22 czerwca 2010 | Komentarze (2)

Janusz Korwin-Mikke przemawia

Miałem dzisiaj niewątpliwą przyjemność posłuchać wykładu Janusza Korwina-Mikke o skutkach wejścia Polski do strefy euro.

Osobistości tej nie trzeba chyba przedstawiać. Znany jest ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi z różnych dziedzin: ekonomii, finansów, polityki, prawa… Często też sprawia, że paniom wrze ze złości krew, kiedy wypowiada się na nieśmiertelny temat równouprawnienia. Ma wielu zwolenników i jeszcze więcej przeciwników, ale jak sam twierdzi:

Mężczyzna, który nie ma przeciwników jest nic nie wart.

Z Panem Korwinem nie trzeba się zgadzać, ba – nawet nie trzeba go lubić, ale z pewnością warto go posłuchać. Dzięki temu można spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektywy.

Abstrahując od tego co mówi Janusz Korwin-Mikke, chciałbym zwrócić uwagę jak mówi. Jest jednym z najlepszych dyskutantów, jakich znam. Potrafi błyskawicznie skonstruować logiczną ripostę na każdy zarzut. Czuje się, że kontroluje on dyskusję i wie na jakiej jest w danym momencie pozycji. Właściwie nie powinno to nikogo dziwić – jest on Mistrzem Krajowym w brydżu i radzi sobie dobrze w szachach (kandydat na prezesa Polskiego Związku Szachowego z 2000 roku). Dla każdej otwartej osoby, która chce podnieść swoje umiejętności z zakresu dyskusji, argumentacji, a szczególnie sporów, Janusz Korwin-Mikke powinien być sztandarowym case-study.

Włącznie Polski do Unii Europejskiej określa jako Anschluss, a jako najlepszą alternatywę dla demokracji (lub jak określa to na swoim blogu – d***kracji) podaje monarchię.

Dlaczego? Odpowiedzi szukaj poniżej:

Tagi: , , ,

Kategoria: Mówcy | Data: 11 marca 2010 | Brak komentarzy

Obiektywnie o The Secret i prawie przyciągania

The Secret

O filmie The Secret powiedziono już chyba prawie wszystko. Zauważyłem, że film i cała filozofia z nim związana ma albo gorących zwolenników, albo zatwardziałych przeciwników. Mało kto znajduje się gdzieś pomiędzy. Uważam, że jest to związane nie tyle z treścią produkcji, ale jej formą.

Kilka słów uznania

Niewątpliwie przesłanie The Secret jest bardzo pozytywne. Wiara w siebie, swoje marzenia i ich realizację to podstawa wszelkich przekazów motywacyjnych. Nie trzeba zbyt wiele opowiadać ile dobrego niosą takie treści, szczególnie w naszym kraju, gdzie większość ludzi ma problemy z samooceną i wiarą w swoje siły. Tak to już jest, że my Polacy, lubimy ponarzekać, pomarudzić i porozmawiać o rzeczach, które nas denerwują.
W filmie znajdziemy kilka bardzo interesujących i motywujących metafor. Przykładem może posłużyć porównanie życia do jadącego w ciemności samochodu – światła auta oświetlają drogę tylko na kilkadziesiąt metrów do przodu, jednak wystarczy to, aby przejechać setki kilometrów do celu.

Sceptycznie o formie

Chyba najbardziej przejęty sprawą Bob Proctor, to (zgodnie z podpisem na filmie) filozof, na którego temat nie znalazłem nic, poza informacjami ściśle skojarzonymi z The Secret. Twierdzi, że nikt nie wie co to jest elektryczność (ok. 13 minuty). Pyta czy wiemy jak działa, bo on nie wie… Z pomocą przychodzi Wikipedia Panie Proctor. :)

Niedawna wizyta Joe Vitale w Polsce jest dobrym przykładem Sekretu. Na stronie zgłoszeniowej widzimy zdjęcia Vitale przy drogich samochodach, jachtach i wśród luksusu. Większość ludzi chciałaby mieć takie same zdjęcia ze sobą w tle :) Jak on to robi? Odpowiedź znajduje się na dole strony – ceny wejściówek wahają się od 2270 zł do 3470 zł. Jeśli założymy 100 miejsc, w tym 12 miejsc VIP (w pierwszym rzędzie!), to Pan Vitae zarobi ok. 241 200 zł… no, minus jakieś tam koszty. The Secret has been revealed!

Bardzo nie podoba mi się sugestia, że jakieś kamyki wdzięczności (gratitude rocks) mogą sprawić, że ktoś wyzdrowieje z bardzo ciężkiej choroby (ok. 36 minuty). Są niestety ludzie, którzy bezwarunkowo wierzą w takie rzeczy i może się to źle skończyć. Za przykład mogą posłużyć seanse Kaszpirowskiego, po których niektórzy ludzie trafiali do szpitali z objawami choroby psychicznej.

Nieuczciwe jest wmawianie ludziom, że wszystko o czym mówi się w filmie zostało potwierdzone naukowo przez fizyków. I tutaj pojawia się Fred Alan Wolf, którego poglądy zostały już nie raz podważone, a który ma w filmie reprezentować świat nauki. Pomimo tego, że jego wywody na temat związków między świadomością a fizyką kwantową są bardzo interesujące, to obwieszczanie, że to fakt jest już przesadą.

Podsumowanie

Idea niesiona przez Sekret jest szczytna, jednak to co wokół niej się dzieje, jest dla mnie odrobinę niesmaczne. Każdy rozumny człowiek wie, że jest to pomysł na to, jak zarabiać grube miliony na przekazie motywacyjnym, który jest opakowany w magię, tajemnicę i wielki SEKRET. Jednak niezależnie od wszelkich opinii polecam zobaczenie tego dzieła choć raz, wyrobienie sobie o nim własnego zdania i sprawdzenie w praktyce. Film dostarcza mnóstwa pozytywnego przekazu i energii. Nawet jeśli nie otrzymamy takich rezultatów o jakich nas zapewniano, to z pewnością przyczyni się to do lepszego samopoczucia i bardziej pozytywnego podejścia do życia. Osobiście sam wdrażam całe prezentowane podejście w swoje życie, jednak bez magicznej otoczki.

A jak Wy odbieracie film? Czy coś dzięki niemu Wam się zmaterializowało? :)


Poniżej cały film The Secret z polskim dubbingiem. Po kliknięciu może otworzyć się kolejne okienko, które wystarczy zamknąć i wtedy odtworzyć film. Polecam pełny ekran.

A na koniec ciekawostka – słynny Kaszpirowski i jego seanse. Taki The Secret – tyle, że w wersji rosyjskiej. :)

Tagi: , , ,

Kategoria: To warto poznać | Data: 20 grudnia 2009 | Komentarze (2)

#1. Gra na zwłokę

Asertywność

Dzisiejszym wpisem chciałbym rozpocząć cykl, opisujący techniki bronienia się przed natrętnymi osobami, które nie przyjmują naszej odmowy do wiadomości. Oczywiście jest to temat związany z popularną obecnie asertywnością, z którą obowiązkowo warto się zapoznać. :)

Czasami jednak zwykła odmowa i powiedzenie „nie” to za mało. Zdarzają się w naszym życiu wyjątkowo nachalne i uparte osoby, które nie dają za wygraną i nie szanują naszego własnego zdania. Wtedy służą nam pomocą wspomniane techniki. W tym wpisie zostanie omówiona dosyć popularna technika:

GRA NA ZWŁOKĘ
Stosujemy ją, kiedy jesteśmy proszeni o przysługę, która jest dla nas niewygodna. Znajomy prosi nas o coś, co równie dobrze mogłaby za nas zrobić inna osoba, ale z różnych powodów nie chcemy wprost odmówić i powiedzieć „nie”. Na przykład kolega pyta, czy moglibyśmy mu pomóc w przeprowadzce w przyszłym miesiącu. Możemy mieć jednak własne plany, czy też problemy zdrowotne, z których nie chcemy się koledze „spowiadać”. Nie chcemy go okłamywać, że mamy inne zajęcie. Nie chcemy też wprost odmawiać, bo wiemy, że kolega jest wrażliwy i przy ostatnim „nie” chodził całymi dniami obrażony.

Najlepiej w tej sytuacji nie podejmować decyzji, tylko poprosić o czas do namysłu. Każdy ma prawo, aby zastanowić się nad jakąś decyzją i nikt nie może od nas wymagać, abyśmy od razu na coś się decydowali. Tym bardziej w tak błahych sprawach. :) Oczywiście nie wracamy później do tej sprawy i nie udzielamy odpowiedzi.

Kolega jednak wraca i przypomina o swojej prośbie. Mówimy, że jeszcze nie możemy podjąć decyzji. Tutaj najlepiej uzależnić ją od jakichś zewnętrznych czynników, np. tego czy dostaniemy akurat urlop, czy nie wypadnie w tym dniu impreza z okazji rocznicy rodziców, itd. Kiedy trzeci raz zostaniemy zagadnięci, oświadczamy, że dalej nie możemy podjąć decyzji, bo .

Spodziewany rezultat
Prosząca osoba prawdopodobnie nam odpuści i znajdzie inną „ofiarę”. Większość z nas zawsze oczekuje decyzji od razu lub w krótkim czasie. Kiedy ktoś zwleka z odpowiedzią, a możemy znaleźć inną osobę, która może nam pomóc – po prostu to robimy. Niestety ludzie są, jacy są i zapewne większość i tak może się na nas obrazić, ale mamy prawo do namysłu, więc z niego korzystajmy. :)

Oczywiście można polemizować, że nie jest to postawa w pełni asertywna, że unikamy w ten sposób podjęcia decyzji, czy unikamy nieprzyjemności, itd. Jednak życie życiem i czasami w sytuacjach podbramkowych trzeba podjąć dyplomatyczne kroki. Należy stosować tą technikę ostrożnie, żeby nie otrzymać etykietki osoby, która nie potrafi się nigdy na nic zdecydować.

A jak Wy dyplomatycznie mówicie „nie”? :)

Macierz Eisenhower’a

Macierz Eisenhower'a

Dwight D. Eisenhower – generał i prezydent USA wypowiedział kiedyś poniższe zdanie:

To co ważne rzadko bywa pilne, a to co pilne rzadko bywa ważne.

(What is important is seldom urgent and what is urgent is seldom important.)

Koncepcja ta jest nazywana w różnoraki sposób: System Eisenhower’a (Eisenhower system), Siatka Eisenhower’a (Eisenhower grid), Pola Eisenhower’a (Eisenhower boxes) lub Kwadrat Eisenhower’a (Eisenhower square). Niezależnie od nazewnictwa ma ona pomagać w ustalaniu priorytetów dla naszych działań. Służy do tego poniższa macierz Eisenhower’a.

Kwadrat Eisenhower'a

Podstawową zasadą jest rozróżnienie rzeczy ważnych i pilnych oraz unikanie wszystkiego, co jest nieważne.

Poszczególne pola są nazywane ćwiartkami. Znajdują się w nich nasze zadania posegregowane według kryteriów pilności i ważności. Z pewnością już sami możecie stworzyć sobie teraz taką macierz i wpisać w każdą ćwiartkę własne zadania. Np. opłacenie rachunku za prąd może być pilne, ale nie jest aż tak ważne dla naszego życia – ląduje więc w III ćwiartce, itd.

Interpretacja ćwiartek

Po wypełnieniu macierzy pozostaje nam zinterpretować nasze wyniki. Co właściwie oznaczają poszczególne ćwiartki oraz buźki zamiesz
czone wewnątrz?

I. Zrób teraz lub deleguj
Najlepiej, gdyby w tej ćwiartce nie było żadnych zadań. Jeśli jednak już są, oznacza to dwie możliwości:
a) nagle pojawiła się jakaś sytuacja kryzysowa, sprawa nagląca
b) wskoczyło tutaj zadanie z ćwiartki II

O ile na sytuację a) nie mamy raczej wpływu, to sytuacja b) oznacza, że byliśmy niekonsekwentni i dopuściliśmy do zaniedbania. Wyjaśnienie znajdziecie poniżej.
Neutralna buźka oznacza, że pomimo tego, że zadanie jest dla nas ważne, czujemy dyskomfort ze względu na presję czasu. Komfort wykonania zadania + niekomfortowe warunki wykonania. Stąd mieszane uczucia.

II. Ustal datę wykonania i poświęć na to swój czas
To jest miejsce, w którym powinno się spędzać najwięcej czasu. To tutaj znajdują się ważne zadania, które powinno się wykonywać regularnie: ćwiczenia fizyczne, kontakty ze znajomymi, własny rozwój, nauka, itp. Są tutaj też odległe, ważne zadania, np. praca magisterska. Dobrze by było, gdyby praca ta była efektem regularnej, rozłożonej w czasie aktywności. Jeśli jednak ją zaniedbamy, zadanie to wyląduje w ćwiartce pierwszej, a tam już robi się niebezpiecznie i niekomfortowo (presja czasu!).
Uśmiechniętej, zielonej buźki nie trzeba chyba już wyjaśniać. :)

III. Deleguj lub ustal priorytet
Tutaj znajdują się zadania pilne, jednak nie mające większego wpływu na nasze życie. Opłacenie rachunków, niektóre spotkania czy telefony, to zdarzenia, które mają konkretny, upływający termin i wypadałoby je wykonać.
Często spotykam się z teoriami, że tą ćwiartkę należy w całości wydelegować. Jednak życie życiem i nie zawsze mamy tego komu wydelegować. Niektóre zadania domowe na studia czy do szkoły są kompletnie nieważne dla Waszego życia, ale niestety pilne i trzeba je wykonać, bo może to wpłynąć na długość pobytu na studiach. :) Jeżeli umówiliście się ze starym znajomym, to wyglądałoby to dziwnie, gdybyście wydelegowali do wykonania tego zadania np. brata czy mamę. :) I tak dalej.
Natomiast opłacenie rachunku za Internet można zlecić bankowi ustawiając zlecenie stałe. W życiu zawodowym doskonałym przykładem takiej delegacji zadań jest outsourcing.
Smutna, czerwona buźka oznacza, że zadania te zużywają nasz czas i często robimy je z niechęcią, z przymusu.

IV. Minimalizuj lub zapomnij o tym!
Jeśli dokładnie przyjrzymy się aktywnościom w tej ćwiartce, okaże się, że możemy po prostu o nich zapomnieć. Najczęściej znajdują się w niej wszelkie przyjemności (granie w gry komputerowe), pożeracze czasu (gry i bezcelowe surfowanie w Internecie), czasami mało ważna korespondencja, na którą chcemy odpowiedzieć.
Tutaj smutna buźka oznacza, że w tej ćwiartce tracimy najwięcej czasu na bezcelowe działania.

Do czego zmierzamy?

Nasze działania powinny zmierzać do tego, aby powiększyć obszar II ćwiartki. Obrazowo przedstawia to poniższy schemat.
Kwadrat Eisenhower'a
Eliminując zadania z III i IV ćwiartki oraz niedopuszczając do pojawienia się ich w I ćwiartce sprawiamy, że nasz czas efektywniej pożytkowany jest w strefie, która najbardziej wpływa na nasze życie. Z pewnością nie będzie to łatwe, ale dzięki temu narzędziu możemy dosłownie spojrzeć na naszą listę zadań i ocenić, w jakim kierunku zmierzamy. Jeśli ćwiartka I zacznie się rozrastać, być może oznacza to, że zbyt często odkładamy ważne zadania na ostatnią chwilę? Rozrastanie się IV ćwiartki może oznaczać, że za dużo czasu poświęcamy na relaks i „obijanie się”, a za mało na to, co na prawdę jest istotne.

Minusy macierzy

W teorii zastosowanie macierzy Eisenhower’a wydaje się świetnym narzędziem do organizacji swojej pracy. W praktyce jednak możemy spotkać się z wieloma trudnościami.
1. Jak odróżnić II ćwiartkę od IV? Czy coś, co traktujemy jako relaks (TV, gry komputerowe, buszowanie po Internecie) powinniśmy zakwalifikować jako regularny wypoczynek i doładowanie akumulatorów (ćwiartka II), czy też jako pożeracz czasu (ćwiartka IV)? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć sobie samemu.
2. Czy filtrując wstępnie zadania nie „przeładujemy” sobie I i II ćwiartki? Może to spowodować totalny paraliż naszego systemu, bo okaże się, że mamy więcej do zrobienia, niż na początku myśleliśmy. Wtedy należałoby rozpocząć jeszcze raz i sprawdzić, czy przypadkiem zadania z I i II ćwiartki nie powinny wylądować w III lub IV.
3. Czy wyeliminowanie IV ćwiartki to na pewno dobre rozwiązanie? Oznacza to, że musielibyśmy wyzbyć się prawie wszystkich czynności, które sprawiają nam przyjemność. Spróbujcie przez tydzień zrezygnować ze swoich ulubionych programów w TV, gier, czy innych drobnostek. Nie jest to łatwe i może lepszym rozwiązaniem będzie dążenie do minimalizowania tych czynności, niż całkowitego eliminowania.

Elektroniczna macierz

Jeżeli często używacie komputera, warto zainstalować sobie dowolny program symulujący samoprzylepne karteczki i stworzyć sobie taką macierz na ekranie komputera. Program jest darmowy w podstawowej wersji, która w zupełności wystarcza do stworzenia macierzy. Poniżej zrzut z ekranu mojego komputera. Jak widać z prawej strony stworzyłem IV ćwiartki, w które wpisałem swoje zadania, a z lewej dodatkowa notka służy jako notatnik do zapisywania różnych uwag. Notki można łatwo i szybko schować, aby nie przeszkadzały nam w pracy. Można też ustawić alarm dla poszczególnych ćwiartek. Np. w dany dzień o danej godzinie wyskoczy nam powiadomienie o jakimś zadaniu. Polecam przetestować samodzielnie.

Macierz Eisenhower'a oparta na StickyNotes

Z tego co widzę, w nowym Windows 7 taki program jest już wbudowany w system. Nie wiem jednak jak funkcjonuje, więc musicie sprawdzić to sami, jeśli używacie nowego systemu. :)

Podsumowanie

Macierz Eisenhower’a to bardzo przydatne, podstawowe narzędzie w zarządzaniu własnym czasem. Jeżeli nie mamy jeszcze zwyczaju zapisywania swoich zadań, warto przynajmniej wyrobić sobie nawyk kategoryzowania różnych aktywności „w głowie” i unikaniu czwartej ćwiartki. Mam nadzieję, że za chwilę stworzycie swoją pierwszą macierz i zachęci to Was do dalszej eksploracji tematu zarządzania sobą w czasie, bo jak widać – warto!

Tagi: , , , ,

Kategoria: Rozwój osobisty, Zarządzanie | Data: 7 listopada 2009 | Komentarze (2)

Zabójcy dobrej rozmowy #1

Zabójcy dobrej rozmowy

Wszyscy prowadziliśmy w swoim życiu tysiące rozmów, więc wszyscy mamy w tym temacie spore doświadczenie. Prawdopodobnie spotkaliście się z każdym z ośmiu typów zabójcy dobrej rozmowy, których za chwilę szczegółowo zidentyfikujemy. Polski przekład proszę traktować z przymrużeniem oka. :)

Kto to jest zabójca dobrej rozmowy? To ktoś, kto przejawia wybrany wzorzec negatywnego zachowania i powoduje, że rozmowa staje się nieprzyjemna, bezproduktywna i bezcelowa.

1. The Faker (Udawacz)
W tym przypadku rozmówca sprawia wrażenie, jakby nas słuchał. Utrzymuje kontakt wzrokowy, potakuje, potwierdza, ale myślami jest zupełnie gdzie indziej. Każdemu z nas czasami zdarza się zamyślić, ale są osoby, które notorycznie „bujają w obłokach” i prawie nigdy nie słuchają, co mamy im do przekazania.

Przykład:
- Wiesz co, przygotowuję się do wyprawy na biegun.
- Yhmm…
- Kupiłem już czekan, porządną kurtkę, raki, namiot, czytam dużo na ten temat…
- Yhmm…
- A wczoraj odpadła mi głowa, ale przyszyłem ją potem nicią dentystyczną…
- Yhmm…

2. The Interrupter (Przerywacz)
To chyba najpowszechniejsza forma zabójcy rozmowy. Spotykamy się z nimi dosłownie wszędzie. Od rodziny, poprzez nauczycieli, znajomych, a gdzieś na telewizji kończąc. Łatwo domyślić się co robi Przerywacz: nie pozwala dokończyć nam zdania, wtrąca się co chwilę w to co mówimy, dokańcza za nas zdania, a w najgorszych przypadkach kończy za nas pytanie tak, jakby lepiej wiedział o co chcemy zapytać. Oczywiście nie upewnia się w żaden sposób, czy dobrze nas zrozumiał.

Przykład… mógłbym jakiś załączyć, ale po co? Wystarczy jak włączycie telewizor na pierwszej lepszej rozmowie polityków, czy też jakimkolwiek wywiadzie…

3. The Intellectual or Logical Listener (Intelektualny i Logiczny Mądrala)
Nie interesują go uczucia rozmówcy, ani to co chce on dokładnie przekazać. Mądrala analizuje, interpretuje i wyjaśnia to co usłyszy poprzez pryzmat własnego światopoglądu. Często ocenia to, co mówi jego rozmówca.

Przykład:
- Ta wczorajsza rozmowa z szefem totalnie mnie rozstroiła…
- No bo po co się tak denerwować? Rozmowa z szefem to żadna wielka sprawa. Przekazujecie sobie co macie do przekazania i tyle. A tak niepotrzebnie sobie nerwy tępisz i potem jeszcze o tym opowiadasz.

4. The Happy Hooker (Szczęśliwy Podłączacz)
Tacy ludzie wykorzystują słowa innych osób, aby przejąć rozmowę i zacząć opowiadać o sobie. Właściwie cokolwiek nie powiedziałby rozmówca, Szczęśliwy Podłączacz potrafi podchwycić wątek i zacząć opowiadać swoją historię.

Ciekawy jestem, czy są osoby, które nie spotkały się z takimi rozmowami:
- Ale wczoraj miałem akcję… jakiś obcy facet zaczął mi majstrować przy aucie na parkingu…
- To jest jeszcze nic! Ja niedawno miałem taką sytuację…

Kolejne 4 typy pojawią się za jakiś czas w 2 części poświęconej zabójcom dobrej rozmowy. Już teraz zastanówcie się, czy nie jesteście jednym z powyższych typów. Mając świadomość błędów, jakie można popełnić w czasie rozmowy, łatwiej jest się kontrolować i próbować zlikwidować u siebie złe nawyki.

Na koniec dobra rada:

Rozmawiaj z innymi tak, jakbyś chciał, żeby inni z Tobą rozmawiali.

Tagi: , ,

Kategoria: Autoprezentacja, Rozwój osobisty | Data: 28 października 2009 | Brak komentarzy

Start!

(c) magnetbox: http://www.flickr.com/photos/magnetbox

Ten post rozpoczyna mój blog, w którym chciałbym dzielić się ciekawymi informacjami oraz wiedzą z wielu interesujących mnie dziedzin.

Moje zainteresowania krążą m.in. wokół takich obszarów jak: rozwój osobisty, zarządzanie, finanse (ale tylko praktyczne), okolice marketingu, interesująca literatura/film oraz wszelkie inne tematy, które w jakikolwiek sposób mogą pozytywnie wpłynąć na życie. Są to dziedziny związane z moimi studiami i pracą, dlatego będę starał się opisywać je w jak najciekawszy sposób.

Uważam, że jeżeli dążysz do ciągłego samorozwoju i szukasz rozmaitych tekstów z przytoczonych przeze mnie dziedzin, na pewno będziesz się tutaj czuł(-a) jak u siebie. Tego wszystkim Wam oraz sobie życzę!

Bardzo mile widziane są komentarze. Wszyscy lubimy sobie czasem podyskutować. :)

Jestem też otwarty na każdą współpracę, która może w jakikolwiek sposób wzbogacić naszą wiedzę i doświadczenia.

Podobno nikt nie czyta „wstępniaków”, ani jakichkolwiek tekstów na stronach internetowych zaczynających się od słów: „Witaj na mojej/naszej stronie!”, itp. W takim razie… dlaczego to jeszcze czytasz? :)

Zapraszam do lektury!

Kategoria: Bez kategorii | Data: 7 października 2009 | Brak komentarzy