Straż miejska w natarciu

Toczy się dyskusja nad tym, czy Straż Miejska powinna w ogóle istnieć. Zarówno mi, jak i wielu innym Obywatelom, Straż Miejska kojarzy się wyłącznie z zakładaniem blokad na koła samochodów oraz wlepianiem mandatów za przerażające, szkodliwe społeczne czyny, takie jak przejście przez jezdnię na czerwonym świetle czy też picie piwa w parku.
Tak się składa, że miałem niedawno okazję przetestować przydatność Straży Miejskiej w Katowicach. Na jednej z łąk w Dolinie Trzech Stawów, w suchy, słoneczny dzień, pewien pan wesoło palił jakieś toksyczne śmieci. Zapach raczej mało kojarzył się z letnim spacerem, a chmura dymu zakrywała momentami całą łąkę. Pomyślałem, że taki trujący dym może zaszkodzić spacerującym tam ludziom, a w szczególności małym dzieciom. Poza tym już nie raz zdarzało się, że od małego ogniska płonęły całe połacie lasów, a że bardzo lubię spacerować w Dolinie Trzech Stawów, podjąłem się prewencji. Tu zaczyna się cała farsa.
O 13:57 upewniłem się, że palenie wspomnianych odpadów nie jest legalne i stanowi zagrożenie. Od tego momentu próbowałem połączyć się z numerem 112. Udało mi się zgłosić sprawę o 14:05, więc zajęło to całe 8 minut. W sumie nieźle, ale kiedy szedłem ze słuchawką przy uchu słysząc co chwilę, że „przykro nam, ale wszyscy dyspozytorzy są teraz zajęci”, zastanawiałem się co by było, gdybym próbował zgłosić napad, gwałt, kradzież, czy inne poważniejsze zdarzenie, które np. bezpośrednio zagraża czyjemuś życiu.
Zadowolony, że udało się przyjąć zgłoszenie, postanowiłem sprawdzić jaki jest czas reakcji służb publicznych. W końcu miałem trochę czasu. Przyjąłem też, że taka interwencja może zająć w porywach do 25-30 minut (oczywiście liczyłem, że się mile zaskoczę). No cóż…
O 14:47 wspomniany wesoły pan spalił wszystko co miał do spalenia, robiąc przy tym dużo bałaganu, dymu i smrodu. Zrobił co swoje i poszedł…
Straż Miejska przyjechała… o 16:19. Google Maps sugeruje, że od siedziby SM do miejsca zdarzenia można dotrzeć pieszo w 40 minut. Autem w 8 minut. Życie pokazuje, że radiowozem w 2 godziny i 14 minut.
To pewne, że mamy tutaj problem z kwestią zarządzania. Od komunikacji telefonicznej, aż po wykonanie „usługi”. Usługi publiczne to w Polsce bolączka i narzekań na ten temat nie ma końca. Zastanawia mnie tylko czasem to, czy jest to wina braku środków finansowych (o czym cały czas mówią władze i zarządzający), czy też po prostu brak kompetencji, pomysłu i orientacji na rozwiązanie problemu (o czym już się nie mówi)?
Ciekawy jestem jaka jest Wasza opinia na ten temat i jakie macie doświadczenia w kontakcie z opisywanymi służbami. Podzielcie się tym w komentarzu.
